Przeczytaj o Jeżeli kochać w wykonaniu Kabaret Starszych Panów z albumu Złote Przeboje i zobacz grafikę, tekst utworu oraz podobnych wykonawców.
Kabaret Starszych Panów - kabaret autorski dwójki wybitnych twórców rozrywki telewizyjnej lat 50. i 60. XX wieku, Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. W ich programach nadawanych w latach 1958-1966 występowała śmietanka a…
Dla Ciebie Jestem Soba . Kabaret Starszych Panów. Kabaret Starszych Panów. Przejdź do albumu (14 utworów) Polskie Radio 17-10-2014 Piosenki Kabaretu Starszych
Przybora i Wasowski w telewizji. Pierwszy program Kabaretu Starszych Panów wystartował w połowie października 1958 roku, gdy telewizja w Polsce dopiero raczkowała. Wbrew nazwie kabaretu obaj panowie wkraczali dopiero w wiek średni „Kabaret Starszych Panów” miał nawiązywać do przedwojennej obyczajowości, ale nie do wzorców
Listen free to Kabaret Starszych Panów – Kabaret Starszych Panów (Sygnał kabaretu starszych panów, Kuplety Starszych Panów and more). 30 tracks (). Discover more music, concerts, videos, and pictures with the largest catalogue online at Last.fm.
Zaskakuje też fakt, że Kabaret Starszych Panów był nadawany w telewizji PRL-u dość długo — od 1958 do 1966 — mimo szpileczek, które wbijał stojącym za ustrojem komunistycznym. Zasadniczo »przyświecała mi idea« zabawienia siebie i odbiorców przez oderwanie się od szarej, nudnej, brzydkiej codzienności, od panoszącego się
-Kabaret Starszych Panów na Wydziale Edukacji Muzycznej stał się już tradycją - podkreśla dr hab. Katarzyna Matuszak-Gołda, prof. uczelni. - W 2015 roku odbyła się premiera spektaklu muzycznego pt. „Wieczór u Jeremiego” upamiętniająca 100. rocznicę urodzin Jeremiego Przybory z udziałem studentów i absolwentów Wydziału.
Kabaret Starszych Panów’s tracks S.O.S. (feat. Kalina Jędrusik) by Kabaret Starszych Panów published on 2023-10-17T13:58:58Z. Bądź dobry i dla męża (feat.
View credits, reviews, tracks and shop for the 1993 CD release of "Uśmiechnij Się Polaku, Czyli Piosenki Z Kabaretu Starszych Panów" on Discogs.
Kabaret Starszych Panów. 8 313 słuchaczy. Kabaret Starszych Panów - kabaret autorski dwójki wybitnych twórców rozrywki telewizyjnej lat 50. i 60. XX wieku, Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. W ich programach nadawan… dowiedz się więcej. Dzień.
N9R0. Z Kayah o jej najnowszej płycie "Panienki z temperamentem", na której wspólnie z Renatą Przemyk zmierzyła się z nieśmiertelnymi piosenkami z Kabaretu Starszych Panów, rozmawia Robert Starszych Panów to klasyka. Ba, dla mnie legenda. Nie bała się Pani zmierzyć z legendą?Nie boję się muzyki ani pracy w studiu. Jest to dla mnie czysta przyjemność. A kiedy obcuje się z takimi piosenkami - podwójna. Ponieważ miały one już swoje mistrzowskie wykonania, nie próbowałam na siłę przeskoczyć poprzeczki. Starałam się zwyczajnie bawić i tekstem, i muzyką. Teksty, nieraz karkołomne, zawiązywały mi język na supełek, ale jaka satysfakcja, kiedy udało się go już rozwiązać (uśmiech).Piosenki z Kabaretu towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo. Pamiętam, jak oglądałem ich w czarno-białym telewizorze z całą rodziną, ciotkami, babcią, kuzynostwem... A Pani jakie ma wspomnienia związane z Kabaretem?Teksty tych piosenek, nieraz karkołomne, zawiązywały mi język na supełek, ale jaka satysfakcja, kiedy udało się go już rozwiązaćPodobne. I ja jako dziecko ciągle czekałam na emisję kolejnych odcinków, choć nie wszystkie wtedy niuanse były dla mnie klarowne. Niesamowite jest to, że po tylu latach mój syn jako dziecko również przepadał za piosenkami z Kabaretu. Niepojęta uniwersalność i wręcz nieśmiertelność. Zawsze Starsi Panowie kojarzyli mi się z niezwykłą elegancją i nieprzeciętną inteligencją. Ze smutkiem stwierdzam, że gdyby dziś stawiali swoje pierwsze kroki, przepadliby w zalewie masowego chamstwa. Dziś jak się komuś w kabarecie nie ubliży, nie wytrze kimś ust, jest się niewidzialnym. Znika, boję się, że bezpowrotnie, określenie jako mały facet, najbardziej czekałem na występy Kaliny Jędrusik - to chyba była pierwsza kobieta w moim życiu. Czekałem, kiedy pojawi się w TV, kiedy zaśpiewa... Dla Pani też była fascynująca?Oczywiście. To legenda, ale nie tylko półprzymkniętych powiek i zmysłowego szeptu, chodzący seks o bujnych kształtach. To wielka aktorka, którą doskonale pamiętam i z Kabaretu, i z wielkich ról, np. w "Ziemi obiecanej". Jako kobieta jednak inaczej ją wspominam. Wiem, że słynęła z temperamentu, była nieprzewidywalna, wybuchowa i naprawdę daleka od konwenansów. Fascynująca swoją seksualnością, bezpośredniością i odwagą życia po swojemu. Znam tyle anegdot na jej temat! Niewątpliwie książka opowiadająca o jej życiu byłaby sensacją, a w ręce młodszych czytelników trafiłaby dopiero po ocenzurowaniu (śmiech).Jaka jest Pani taka najukochańsza piosenka z Kabaretu? Tak się złożyło, że śpiewam moje najukochańsze dwie piosenki. Obie dość, jak na Kabaret, nostalgiczne - "Dla ciebie jestem sobą" i "Do ciebie szłam". Ta ostatnia jest mi niezwykle bliska, niezależnie od tego, w jakim punkcie w życiu się znajduję. Kiedy nagrywałam ją w studiu za pierwszym razem, nie byłam w stanie skończyć piosenki bez łez, co niestety dało się usłyszeć, i choć była to najszczersza reakcja, bałam się, że może być uznana za zabieg marketingowy. Musiałam się wziąć w garść i następnego dnia po prostu nagrać utwór raz jeszcze, wyłączając w sobie te łzawe zaśpiewaniem tych piosenek słuchała Pani godzinami poprzednich wykonań, żeby zaśpiewać inaczej, po swojemu, w swojej interpretacji?Unikałam tamtych wykonań, choć znam je na pamięć. Jednak strach, że można tak bardzo się zasugerować pierwotnym wykonaniem, powodował, że pragnęłam mieć amnezję. Oczywiste jest dla mnie, że aktorsko nie poradzę sobie lepiej niż pani Barbara Krafftówna, i nie ma co się tu siłować. Postawiłam na zwykłą przyjemność obcowania z tak kulturalną i wybitną twórczością. Nie odkrywam Ameryki, bo poza Kolumbem zrobili to już artyści z epoki Kabaretu Starszych Panów. Ja jedynie śpiewam nowoczesne wersje tamtych piosenek, chyląc głowę przed talentem ich dla Pani jest panienka z temperamentem? Jest Pani taką panienką z temperamentem?Jeśli chodzi o temperament, to tytuł płyty nie oznacza, że chcemy przekonać świat, że go z Renatą mamy, to tylko zgrabne zapożyczenie z piosenki. Poza płytą rzeczywiście umiemy być temperamentne. Co to oznacza? Dla mnie - wolę życia, ogromny głód wrażeń, fantazję i odwagę, bo raz kozie śmierć (śmiech).No właśnie. Piosenki na płytę nagrała Pani razem z Renatą Przemyk...Wydaje mi się, że Renata w ogóle bardziej niż ja pasuje do konwencji płyty i koncepcji piosenki poniekąd aktorskiej. Nawet wolę słuchać piosenek w jej wykonaniu (śmiech). To nie tylko kwestia komfortu czy dyskomfortu, że gdy słucham moich wykonań, ciągle myślę, że mogłabym coś poprawić. Zwyczajnie pasuje mi Renaty interpretacja... no, i dykcja, która jest perfekcyjna. Z moich jednak braków postanowiliśmy się trochę pośmiać i je uwypuklić. I tak dostałam do zaśpiewania piosenkę "Szarp pan bas", niemiłosiernie kaleczącą mi język częstą zgłoską R, której od dziecka nie wymawiam. Mnie to drażni, ale wszystkim pozostałym na razie dostarcza powodu do uśmiechu. I dobrze. Bo ta płyta ma albo wzruszać, albo rozweselać. I już. To, że dzielę ten krążek z Renatą, jest dla mnie przyjemnością. Znamy się od lat, niejedno przeżyłyśmy wspólnie. Szczególnie kiedy byłyśmy sąsiadkami. Renata jest dowcipna, bystra i bardzo inteligentna. Uwielbiam z nią żartować, pić winko przy ploteczkach, ale też radzę się jej, zwierzam. To fajny człowiek. Niegdyś zupełnie bezinteresownie próbowała mi pomóc w znalezieniu wydawcy mojej płyty "Kamień". Kiedyś z kolei otworzyła mi oczy na moje fatalne zauroczenie. Nigdy nie dała mi odczuć cienia rywalizacji. Jest na nią zwyczajnie za mądra. Płyta z piosenkami z Kabaretu Starszych Panów była projektem, do którego nas zwyczajnie zaproszono w charakterze gościa, nie jest to nasz pomysł, my z zaproszenia skorzystałyśmy i tak przyszło nam śpiewać na wspólnej płycie. Uważam to za fajną Robert MigdałCały artykuł przeczytasz w weekendowym wydaniu dziennika "Polska" lub w serwisie
Tekst piosenki: Bez Ciebie jestem tak smutny, jak kondukt w deszczu pod wiatr Bez Ciebie jestem wyzuty z ochoty całej na świat Bez Ciebie jestem nieładny bez żadnej szansy u pań Bez Ciebie jestem bezradny, jak piesek co wypadł z sań Bez Ciebie jestem za krótki na długą drogę przez świat Bez Ciebie jestem malutki i wytłuc może mnie grad Bez Ciebie jestem tak nudny, jak akademia na cześć Bez Ciebie jestem tak trudny, że trudno siebie mnie znieść Bez Ciebie jestem niepełny, jak czegoś ćwierć albo pół Bez Ciebie jestem zupełny chomąt, łachudra i wół Kimkolwiek jesteś włóż na siebie coś i rusz Od stołu wstań z imienin wyjdź, zrezygnuj z dań i przyjdź Przy Tobie będę pogodny, bo skąd bym smutek brać miał Przy Tobie będę podobny strukturą torsu do skał Przy Tobie będę upojny, jeżeli idzie o głos Przy Tobie będę przystojny urodą silną jak cios Przy Tobie będę subtelny, jak woń łubinu wśród pól Przy Tobie będę tak dzielny, jak ten co zginął nam król Przy Tobie będę artystą od wzruszeń duszy do łez Przy Tobie będę z umysłu inteligentny jak bies Przy Tobie w jednej osobie Efebem będę ja, bądź poetą, mędrcem... A z kobiet - dużą blondyną Ty bądź! Więc kim byś była, włóż na siebie coś i rusz! Jeżeliś w śnie - z pościeli wyjdź, przeciągnij się i przyjdź. Dodaj interpretację do tego tekstu » Historia edycji tekstu
Nieporównany Pan B. W dziewiątym programie Kabaretu Starszych Panów, „Całkiem inna historia” (1962), Panowie, wróciwszy z zimowego urlopu, odkrywają, że pod swą nieobecność uwiedli niejaką Dorotę. Stawić więc muszą czoło obrońcom jej cnoty. Jednym z nich okazuje się postawny Cham (Mieczysław Czechowicz), który, niby po sznurku, trafia do flaszki, trzymanej przez Panów w fortepianie. I czy można przemilczeć profetyczne własności dobrej literatury, jaką niewątpliwie stanowią scenariusze Kabaretu? Opiekun Doroty bowiem, okazawszy kolejny rachunek, dodaje tonem pogróżki: „Jeżeli panowie tego nie załatwicie po męsku, to ja, co prawda, nie mam fizycznych warunków, ale… (z naciskiem) mój brat nie cofnie się przed niczym!”. Wcześniej przedstawił się: „Kaczyński jestem!”. Kto podsunął Jeremiemu Przyborze to nazwisko? A gdyby wątków aktualnych było komu mało, w roli jednego z następnych interesantów zjawia się doktor Biebrzeniewierzewski (majestatyczny Andrzej Szalawski). „– Doktor medycyny? – Medycyny. – Ile? – Tysiąc”. I Pan B. po raz któryś sięga po portfel, by stwierdzić, że brak mu już gotówki. Wszystko to oglądało się jako rzecz całkiem zwykłą, aczkolwiek znakomitą, myśląc w prostocie ducha, że tak właśnie wyglądać ma telewizja. Pobijanie pięścią wisły Rzecz jasna jako 12-latek nie chwytałem rozlicznych, w rodzaju powyższej, aluzji, a chyba nikt wtedy nie chwytał profecji. Wciśnięty między rodziców, walczyłem z sennością, bo pora była późna, starając się, nie bez sukcesu, zapamiętać wszystkie piosenki. Innego sposobu rejestracji nie było – magnetofon w pierwszych latach 60. widziałem tylko raz, w domu pewnego, jak to później nazwano, przedstawiciela nomenklatury. Pierwszy Kabaret, 16 października 1958 r., oglądaliśmy u lekarza, który – stąd znajomość – wyciągnął mnie ze szkarlatyny; drugi i następne już na domowej wiśle, a z czasem natesli. Zapadł mi w pamięć rytuał podnoszenia wierzchniej klapki tej wisły, włączania, czekania, aż nagrzeją się lampy, następnie pobijania z wyczuciem z tyłu i z boku, aż deszcz na ekranie rozmiarów szkolnego zeszytu zamieni się w planszę z syrenką. I chwile bezsilności, gdy siadało napięcie i duet Jerzego Wasowskiego z Jeremim Przyborą w ułamku sekundy zmieniał się, na kto wie, jak długo, w szum zakłóceń. Na szczęście Kabarety powtarzano, przynajmniej te późniejsze. Tak, Kabaret Starszych Panów to było święto rodzinne, i nieczęste – raz na pół roku. Do tego czasu poprzednie piosenki, te co lepsze, opanowane już były pamięciowo przy zmywaniu, paleniu w piecach, obieraniu kartofli i innych monotonnych zajęciach. Wraz z replikami grymasów Wiesława Michnikowskiego i drugiego Wiesława, Gołasa, krygowaniem się Bohdana Łazuki, sarkastycznym tonem Barbary Krafftówny i zawieszeniami głosu Kaliny Jędrusik. Rodzice (dom był muzyczny) najwyraźniej doceniali edukacyjne walory tego repertuaru. Toteż, nie bardzo wiedząc, o czym rzecz traktuje, wyśpiewywałem wszeteczną przygodę „Kapturka 62”, rozpustne kuplety „Już kąpiesz się nie dla mnie”, ekshibicjonistyczne podteksty („Kto to tam, zza krzaków?”) piosenki „Nad Prosną” tudzież hańbiącą polski czyn zbrojny „Zosię i ułanów”. Wszystko kręciło się wszak w światku mniej więcej znajomych i mama po nocnej chałturze przy pianinie na placu Powstańców opowiadała, jak w przerwie próby budziła Kalinę śpiącą w futerale kontrabasu. Pamięć rodzinna rejestrowała zmiany w tekstach piosenek: „Bez ciebie jestem tak nudny jak akademia na cześć” w nagraniu płytowym zmieniło się w „jak festiwale na pieśń”. Świństwo! Natrząsaliśmy się też z wymuszonych przez rymy nadużyć gramatycznych: „Lecz choć go ugasi straż / Czy to stąd nie płynie aż”, nie wiedząc, do czego w tej dziedzinie posunie się Agnieszka Osiecka. Toteż Kabaret nie tylko od święta konsolidował życie rodzinne. Mogę nazwać się jego dzieckiem. Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski w Kabarecie nie tworzyli przecież dla uczniów szkoły podstawowej i wczesnych klas licealnych, ale w zasadzie i dla nich także. Na tym właśnie polegał fenomen telewizji. Dżdż i mż Aczkolwiek niezbyt świadomie, obu Panów znałem już wcześniej. Radiowy Teatrzyk „Eterek” był w połowie lat 50. czymś na kształt późniejszych Trójkowych „60 minut na godzinę”, tylko rzadszym. Nie wiedziałem jednak, że jego korzonek sięga legendarnych „Pokrzyw nad Brdą” bydgoskiej rozgłośni Polskiego Radia. Na „Eterek”, rozumiejąc już co nieco, załapałem się w okresie październikowym, ale dawne spektakle powtarzano czasem z płyt. Były tam rzeczy niewątpliwie formacyjne dla generacyjnego poczucia humoru. Na przykład pomysł czytania didaskaliów. Kochanek do kochanki: „Przepełnił się kielich mojej goryczy”. Komentator: „Słychać, jak się przepełnia jakiś kielich”. Albo inny komentarz – jeśli dobrze pamiętam, ktoś odjeżdżał na motocyklu: „Słychać, jak zapuścił motor i sam się na nim w labirynt ulic”. Już wtedy Przybora wspinał się na wyżyny parodii. Jego wersja prognozy pogody, powtarzana u nas w domu, brzmiała: „Na pozostałej połaci kraju miejscami dżdż lub mż”. W podstawówce, w autokarze, który woził nas na pływalnię na ulicy Rozbrat, gdzie kwitł folklor szkolny, koledzy recytowali monolog Hamleta: „O rany, jak ciemno, co stanie się ze mną, onegdaj zmarł tato, ojczyma mam za to, i zmartwień mam nawał, bo drania to kawał. Lecz cóż to za zjawa, ponura i krwawa, po zamku się pęta? – Już mnie nie pamiętasz, tatusia, szantrapo? – O rety, to papo!”. Byłem pewien, że to folklor, za jaki mniemałem „Balladę o pewnej Wiśniewskiej” czy „Bal na Gnojnej”. Tymczasem to „Eterek” trafił pod strzechy jeszcze przed czasem tysiąclatek. Dodam, że przez labiryntowe osiedle WSM na warszawskim Górnym Mokotowie, który jakiś urzędas mianował niedawno Starym, biegłem co rano do szkoły, mając w pamięci profesora Pęduszko, desperacko rozpytującego tubylców o adres: „Gdzie Trzepałko?!”. Absurdalny skecz o poszukiwaniu Trzepałki zapowiadał już Mrożka. Co chwila, pomnę, przewijał się tam „strażak pożarny”, wznosząc hasło: „Nie wzniecaj pożarów! Pożar niszczy drewno!”. Całkiem to było godne Zielonej Gęsi, której krótko wcześniej zatkano dziób na dobre. (Na szczęście dyrektorem Radia był przypadkiem Władysław Kopaliński). Na marginesie – urodzaj profesorów, właściwy tamtej epoce, zasługuje na czyjeś magisterium. Profesor Filutek, profesor (angelologii) Bączyński, profesor Tutka, profesor Pęduszko. Ramole kontra stalinizm... Jeśli kto woli inny motyw: w którymś ze spektakli „Eterka” występuje facet, który zatrzasnął się w zbroi i nie umie wyleźć. Mrożkowskie „Półpancerze praktyczne” są chyba późniejsze? A była jeszcze rozkoszna miniatura Waldorffa o rekwizytorze filmowym niemogącym rozliczyć użytej na planie XVII-wiecznej artylerii i zmuszonym wstąpić do Polskiego Związku Łowieckiego. „Rodzaj broni: dwie armaty”. Niechby ktoś zanalizował to retro na tle epoki, najlepiej według Derridy. Przybora igrał w „Eterku” śmiało. Pewien skecz ma za bohaterkę inżynierową, hmm, Prącką, której mąż, sztandarowy twórca budowli socrealizmu, polubił mimochodem brygadzistkę Parciankę. Scena, w której czerwona arystokratka zdejmuje pierścionek i daje go „wam, Parcianka” na skrobankę, nie ma sobie równych. Tuż potem zjawia się podwładny wielkiego człowieka, de Vrobel, któremu nazwisko zamknęło drogę do kariery. „Ale teraz mogę nosić »de« z podniesioną głową”. Zdaje się, że cały ten epizod, już anachroniczny, trafił do któregoś z Kabaretów. Albowiem w pewnej części był to cykl samożywny. I słusznie: zmarnowałaby się spora część co najmniej 150 uroczych piosenek. Nie spożytkował jednak Przybora, na szczęście, innego skeczu, gdzie profesor Pęduszko ukrywa kogoś w szafie, a straszne dziecię Mundzio (Tadeusz Fijewski) węszy, chcąc odkryć sekret. Jak się okazuje, jest to w miarę niewinne „podziemie kwaterunkowe”, ale w czasach „Eterka” ukrywanie w szafie kojarzyło się jednoznacznie. Cywilizacja „Przekroju” Autokanibalizm Wasowskiego i Przybory podkręcał na pewno surrealny potencjał Kabaretów. Wypływające z chęci wykorzystania istniejącego już materiału igraszki z czasem, retrospekcje, flashbacki poszerzały spektrum postaci o hrabiny rodem z „Madonny sleepingu” i lowelasów z „Kultu ciała”. Wytworzył się jedyny w swoim rodzaju amalgamat nostalgii i umowności, liryzmu i sans rire pense’u, czyli ścichapękostwa. Przez życie Starszych Panów przewijają się jak w kalejdoskopie hetery i niewiniątka, detektywistki (?) i utrzymanki Portugalczyków, tanie bądź groźne dranie i pomidoromaniacy, pogodni staruszkowie i marsowi rotmistrze, wampiry i sędziowie pożyczający do pierwszego, hodowcy grzybków na suficie i zwariowani myśliwi. By nie pominąć podejrzanych dosmucaczy i innych osobników w trenczach, pilnie patrzących Starszym Panom na palce. Wszystko zaś uplątane w zawrotne gry językowe, jakich nie znała dotąd nasza mowa śpiewana. To niewątpliwie Polska, czasem nawet dość przejmująca, jak w zabójczo złośliwej pieśni „Taka gmina” (którą niesprawiedliwie pominęli przed laty Kornhauser z Zagajewskim w swym „Świecie nie przedstawionym”), ale Polska z nieprawdziwego zdarzenia, ze snu Witkacego, jak myślę. Jakim cudem akceptował to wszystko szef Radiokomitetu, Włodzimierz Sokorski, ćwierćinteligent i stalinista, pojąć nie sposób. Co pewne, to że Kabaret rozmiękczył go ideowo, skłaniając na starość do erotycznej grafomanii. Lecz wszystko do wiadomo, surrealizm nie może się obyć bez faceta w meloniku, patrz René Magritte, Roland Topor, Jan Lenica, Daniel Mróz i Mrożek. Toteż w wykreowanej przez Przyborę krainie poza czasem, interferującej ze współczesnością staroświeckich Panów, wciąż pełno postaci przywodzących na pamięć idyllicznych zakochanych Jeana Effela, wściekłe stare damy Alberta Dubouta, złośników Michaela Chevala... Świat Kabaretów ma jedno z kłączy, graficzne, w popularnym imaginarium francuskim, podobnie jak inne we francuskiej piosence. Dość porównać postawę życiową Panów z klimatem, który otacza bohatera filmów zapomnianego dziś także Jacques’a Tati. W polskiej wersji telewizyjnej wizja ta padała na ekran syntetycznej i dość chwiejnej scenografii Jerzego Skarżyńskiego, której tekturowo-kretonowa fikcyjność rzucała wyzwanie solidnym dekoracjom ówczesnego Teatru Telewizji. Iluzję Kabaret budował własnymi środkami: niepodobną do niczego muzyką, ekspresją aktorską, cienkim humorem, zabarwionym ironią i wzruszeniem, jakim emanowały teksty. Epoka między 1957 a 1967 r., srebrny wiek XX-wiecznej kultury polskiej, coraz wyraźniej rysuje się jako samoistne zjawisko. Aż dziw, że brak opracowań zdolnych ująć pod jedną okładką „Do widzenia, do jutra” Morgensterna, Osiecką i Mrożka, „Ewa chce spać” Chmielewskiego, Piwnicę pod Baranami i ceramikę włocławską, „Ty i Ja”, „Niewinnych czarodziei” Wajdy i Afanasjewa z Sopotu, Borowczyka, groteski Lema i plakaty Cieślewicza... Z tego punktu widzenia Kabaret Starszych Panów należy bez wątpienia, w chronologii i ideowo, do tego, co Justyna Jaworska nazwała parę lat temu „cywilizacją »Przekroju«”. Owa efemeryczna cywilizacja była bąblem, w którym schronić się mogli wszyscy niezżerani przez resentyment, utrzymujący dystans wobec propagandy, sceptyczni a pogodni, spragnieni mimo wszystko radości i satysfakcji z życia, sztukujący realnośćmarzeniem i łatający ją poczuciem humoru. „Przekrój” Mariana Eilego, punkt zborny tych emigrantów wewnętrznych, do których należała połowa inteligencji, był jednak otoczony konstelacją samoistnych enklaw w rodzaju Teatru Współczes- nego w Warszawie, Szkoły Filmowej w Łodzi, Warszawskiej Jesieni, ASP w Sopocie, Jazz Jamboree i kawiarni PIW-u. Na niedalekiej orbicie widniał też gmach telewizji na placu Powstańców, póki liczba odbiorników nie przekroczyła pół miliona. Niech sobie Marek Lusztig komponuje muzyczkę, niech Xymena Zaniewska kleci swe scenografie, niech Adam Słodowy wkręca śrubki, niech inżynierowi Witoldowi Lubbemu pękają probówki, niech Wicherek pokazuje zrośnięte marchwie – ale, jako się rzekło, do czasu. W roku 1966 na Kabaret Starszych Panów pojęty tak jak powyżej w telewizji nie było już miejsca. I to była zapowiedź końca. Uwiedziony Doświadczenie życiowe uczy, niestety poniewczasie, że nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza to, co dobre, kończy się dziwnie nagle. O ile pomnę, po warszawce poszły plotki, że między Panami trwa konflikt – krótko mówiąc, psuje wykorzystali moment. Próby reanimacji Kabaretu bez Jerzego Wasowskiego, któremu to się ponoć znudziło, nie przyciągnęły już mej uwagi. Może minęła też chwila historyczna. Jeremi Przybora jął pisać parodie „Balladyny” i „Medei”, komedie zaprawione humorkiem „Podwieczorku przy mikrofonie”: „Ślepe uczucie mgra Wyprostka”, „Mężczyzna do wzięcia”, „Happy end”, musicaliki z życia biurowego: „Gołoledź”, „Definitywny upadek prezesa” czy „Departament trzynasty”. Wreszcie, w roku 1978, wydał powieść „Uwiedziony”. Przedostatni książę Rozłupski, uwiedziony tam w stogu siana przez zdrową, wiejską Jagusię i porzucony z dzieckiem, wyklęty przez rodzica, żyje potem jako utrzymanek właścicielki trafiki, walczy o byt jako fordanser. Dopiero nowa rzeczywistość, zdjąwszy mu z barków troskę o chleb, zapewnia bezetowi (skrót od „były ziemianin”) pozycję równą innym obywatelom, tzn. urzędnika. Aliści przez ów szmat lat dziecię, owoc mezaliansu, nie rośnie. I dopiero w naszych czasach okazuje się, że go wcale nie było. Zatroszczyć się o sens tego zjawiska miał bodaj czytelnik. Autorowi fabuła ta posłużyła głównie do żartów: „– Nie wiedziałem, że jeździsz konno... – Bo nie jeździłam, zanim mnie rotmistrz nie rozsmakował w pozycji jeźdźca!”. W twórczości Jeremiego Przybory gruby rechot był czymś całkiem nowym. Cykl Kabaretów, plus może oparty na tychże film „Upał” (1964), to korona dzieła Przybory (i Jerzego Wasowskiego oczywiście). Szesnastopałkowa i złota. Aczkolwiek... Czy ktoś urodzony w XXI w. pojmie (wyjaśniony powyżej) dwuwiersz: „Ale z drugiej strony, czy na Marsie gra, / Gdy w ankiecie się »ziemianin były« ma”? Albo: (można śpiewać) „O tym, jak do się lgną dorośli, / A kaczy drób do roślin”? Nie sposób przecie dodawać w przypisie słów piosenki Mieczysława Wojnickiego, którą dręczono nas przed pół wiekiem: „Kaczuszko, już maki są tak duże, duże, duże...”. Albo czy będzie wiedział, że „Addio, pomidory!” to romans cygański godny przedrewolucyjnej moskiewskiej knajpy Jar?Że „Pieśń skautów oceanicznych” to parodia przebojów Izaaka Dunajewskiego z przedwojennych sowieckich filmów „Cyrk”, „Świat się śmieje” i „Dzieci kapitana Granta”? Czy dosłyszy, że w piosence „Puk, puk, puk” ta sama melodia pojawia się na przemian jako walczyk i shimmy? Inwencja Jeremiego Przybory była nieporównana. Jednakże w trakcie ośmiu lat istnienia Kabaretu milczano na jej temat. Nie można było opatrzyć jej komentarzem, bo zasada, że komentarz jest jaśniejszy od tego, co komentuje, zagrażała bytowi programu. A dziś za że jednak nie. © JAN GONDOWICZ (ur. 1950) jest krytykiem, tłumaczem i eseistą. Przełożył „Słownik komunałów” Flauberta (1993), powieści i sztuki Jarry’ego, teksty Josifa Brodskiego i Georges’a Pereca. Za tłumaczenie „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie”. Autor monografii „Schulz” (2006), zbioru esejów „Paradoks o autorze” (2011) oraz „Duch opowieści” (2014). Ostatnio pod jego redakcją ukazał się zbiór tekstów Tadeusza Boya-Żeleńskiego „Mity i zgrzyty” (2016). DWA OLBRZYMIE TOMY: jeden liczy 1100 stron, drugi – 1500, a będzie jeszcze trzeci! Dopiero wydane przez Znak pod redakcją Teresy Drozdy „Dzieła (niemal) wszystkie” Jeremiego Przybory uświadamiają, jak ogromny był jego dorobek... W tomie pierwszym (2015) znalazły się teksty z Kabaretu Starszych Panów, Teatru „Eterek”, słuchowiska i „Listy z podróży”. Tom drugi, który właśnie się ukazał, zawiera „Divertimenta”, „Teatr nieduży”, opowieść „Uwiedziony”, „Autoportret z piosenką” oraz opowiadania i teksty rozproszone. Tom trzeci przyniesie pełne wydanie wspomnień Przybory: „Przymknięte oko Opaczności. Memuarów części wszystkie”. Do tego ilustracje mistrzów grafiki: Bohdana Butenki, Jacka Gawłowskiego, Marka Raczkowskiego, Piotra Sochy, Ewy Stiastny i Marcina Wichy. Plus komentarze Stanisława Barańczaka, Arnolda Mostowicza, Richarda A. Antoniusa i Krzysztofa Teodora Toeplitza. Czytajcie i radujcie się! ©℗TF